Warto umieć odmawiać

by - grudnia 05, 2016



   Czy zastanawiałeś się kiedyś jak to jest po narkotykach?  Ja nie,  nigdy.  Może dlatego, że od dziecka tłumaczono mi,  że są złem. Początkowo moja wiedza na ten temat była znikoma jednak z czasem  się powiększała,  szczególnie w gimnazjum.  Jak mówił mój tata : "Do tej szkoły uczęszczają ludzie w najgłupszym wieku.  Nastolatkowie,  wyczuleni na wygląd,  z kompleksami i ciągłym myślenie co powiedzą inni,  to może przynieść kłopoty". Wtedy tego nie rozumiałam.  Zmiana gimnazjum było dla mnie zbawieniem, zmianą, której bardzo potrzebowałam. Jednak z czasem to diametralnie się zmieniło.
   Pierwsze dni były szkoły była dla mnie najpiękniejszymi w ostatnim czasie. Zdziwiony?  No fakt, szkoła a szczęście to dwa pojęcia, które według niektórych w żadnym stopniu się nie pokrywają.  Moje uczucia zrozumieją tylko Ci,  którzy dusili się swoim życiem, Ci których przytłaczała codzienność. Nowi ludzie, nowe miejsce i przedmioty, to właśnie to,  czego potrzebowałam.
   Na rozpoczęciu podeszła do mnie niska blondynka. Wyglądała na dość sympatyczną zważywszy na jej uroczy ubiór. Miała na sobie czarną rozłożystaą spódniczkę z wysokim stanem, przed kolano. Do tego koszula z kokardką pod szyją. Na nogach błyszczały czarne baleriny z okrągłymi czubkami. 
-Hej,  jestem Zosia! - usłyszałam
Trochę zdziwiona jej dość niskim, mocnym głosem przywitałam się. I tak to właśnie się zaczęło.
   Przez pierwsze dwa miesiące było bardzo dobrze, zaprzyjaźniłyśmy się. Siedziałyśmy razem na lekcjach, spotykałyśmy się po szkole, miałam przyjaciółkę.
   Wszystko zaczęło się odkąd zaprzyjaźniła się z  nieodpowiednimi ludźmi. Zosia - śliczna nastolatka z miłym wyrazem twarzy, zaczęła klnącą jak szewc kiedy tylko coś ją zdenerwowało, a zdarzało się to bardzo często. Do białej gorączki doprowadzał ją np. brak ulubionych ciastek w osiedlowym sklepiku. Nie obchodziło ją gdzie jest i do kogo mówi. W kinie, sklepie, własnym pokoju, zwracając się do obcej osoby, koleżanki czy mamy. Uspokajała się dopiero kiedy wyładowała swoje emocje niszcząc coś lub wrzeszcząc z całych sił.
   Po dwóch miesiącach zaczęła mi dogryzać.  A to ubranie nie takie, a to dobre oceny. Nie były to nic wielkiego, po prostu byłam dla niej nudną sztywniarą, bo nie miałam żadnych kłopotów. W przeciwieństwie do Zosi. Dziewczyna nie miała w sobie nic z nudziary. Z komisarzem policji znała się tak dobrze, że mogli mówić do siebie po imieniu. Z każdej sytuacji wychodziła lekką ręką, była sprytna, z wszystkich kłopotów umiała się wykręcić, zazwyczaj kosztem innych. Mnie też niejednokrotnie namawiała do złego, za każdym razem sumiennie odmawiałam co oczywiście wzbudzało jej gniew.
   Kiedy pewnego dnia odwiedzając ją po szkole, aby zapytać czemu tym razem jej nie było widok dziewczyny wciągającej nosem biały proszek nawet mnie nie zdziwił. To był kolejny krok do bycia ''złym''. Zosia nie umiała się zatrzymać, pozwalała sobie na coraz więcej. Początkowo próbowałam jej pomóc. Rozmawiałam z nią, chciałam namówić jej matkę do jakiejś reakcji, ale ona tak samo jak Zosia miała gdzieś los innych, nie przejmowała się życiem własnej córki. Z resztą... Kiedy miała się przejmować? Leżąc pośród butelek  po udanej imprezie? Raz spuściłam w ubikacji jej kolejną działkę i nieźle mi się za to oberwało, zabolało. Obiecałam sobie ''nigdy więcej''.
   Mimo wcześniej łączącej nas przyjaźni postanowiłam się z niej uwolnić. Chciałam ograniczyć nasz kontakt do minimum, zważywszy na to, że zaprzyjaźniłam się Anią - dziewczyną z mojej klasy, która nadawała na podobnych falach jak ja. Jak to miło móc porozmawiać z kimś kto Ci nie dogryza czy namawia do kradzieży, brakowało mi tego przez ostatnie kilka miesięcy. 
   Pewnego dnia postanowiłam ją odwiedzić i porozmawiać na spokojnie o moich zamiarach. Jak zareagowała? To chyba oczywiste. Wściekła się. Kazała mi lekko mówiąc się wynosić, tak też zrobiłam. Od tamtego czasu jej docinki było o wiele gorsze. Kompromitowała mnie przed naszymi znajomymi, ale byli na tyle mądrymi ludźmi, że nie zwracali na nią uwagi. Pomału patrzyłam jak się stacza czując taką bezsilność jak nigdy wcześniej. 
   Dni mijały mi bardzo wolno. Nie chciałam chodzić do szkoły, jedyne czego pragnęła to nie spotkać jej nigdy więcej. I tak też się stało. Nie było jej jeden dzień, dwa, tydzień. Zaczęłam się trochę niepokoić. Po jednej z lekcji zapytałam mojego wychowawce co się z nią dzieje. Odpowiedź zmroziła mi krew w żyłach. Leżała na OIOM'ie w ciężkim stanie, przedawkowała narkotyki. 
   
Dwa miesiące później...

   Jak się dowiedziałam Zosia przeżyła. Z uszkodzonym wzrokiem, niedowładem nóg i uszkodzonymi nerkami. Mimo wszystko było mi jej szkoda, chodź wyrządziła sobie krzywdę na własną prośbę. 
   Kiedy wróciła do domu odwiedziłam ją, wyglądała strasznie. Smutna, z workami po oczami, wyglądała jakby jej dusza dawno umarła. Porozmawiałyśmy na spokojnie, powspominałyśmy. Co dziwne, przeprosiła mnie i podziękowała. Odwiedzam ją codziennie, przyjaźni raczej z tego nie będzie, ale nie chce jej teraz zostawić.
    I pomyśleć, że i ja mogłam tak skończyć... Dziękuje rodzicom za wpajanie mi od dziecka tych wartości. To dzięki temu miałam tak silną wolę na bycie asertywnym, mimo, że nie było łatwo.

Historia NIE oparta na faktach. 

You May Also Like

0 komentarze